kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci
obywatele degeneraci
ej, duszy podpalacze
róbmy dym
Daniel
Higgins
Siedemnaście lat chodzi po świecie, siedem jako niekoniecznie dumny Krukon. Stan wiedzy mieści się pomiędzy Zadowalającym a Powyżej Oczekiwań, osobiście wstawiłby sobie Trolla, bo jako buc ikskwadratsześcian lubi dawać w mordę i nie dzieli się swoją wiedzą. Nie boi się niczego, oprócz swojego kota Cyryla, którego wujek przywiózł mu od jakichś Rusków z bazaru. Patronusa nie zna, bo do tego trzeba mieć dobre wspomnienia. Różdżka drewniana, ma coś z jednorożca i osiem cali długości, w razie czego można ją wsadzić komuś w oko. Pałką trudniej kogoś oślepić, ale szkoli się w tej dziedzinie, waląc nią w co popadnie jako przykładny pałkarz.Przez życie kroczy z nadzieją, że ktoś kiedyś kupi mu czołg i będzie nim jeździł tak długo, aż nie zostanie już nikt. Nie dzieli się jedzeniem, więc sam nie rozporządzaj jego zapasami, chyba że kształt twojego nosa bardzo ci przeszkadza. Jak nie on, to kot zrobi z nim porządek i odechce ci się jeść do końca życia. Naprawdę lubi się bić i to jakieś jego skrzywienie, ale do bójek sam nie prowokuje, nie otwarcie, bo jeszcze wywaliliby go z drużyny i musiałby wyżywać się na czymś innym niż tłuczek, a tego jego otoczenie na pewno by nie chciało. Robiłby dobre wrażenie, gdyby nosił worek na głowie i był niemy. Małe dzieci się go boją i to mu wystarczy do szczęścia, bo nie ma nic gorszego niż skrzat, który jęczy, żebyś się z nim pobawił. Chciałby kiedyś hodować smoki, bo sieją spustoszenie, o którego sianiu on sam marzy. I nie, to nie żart, nazwałby swojego rogogona węgierskiego Cyryl Drugi i wyprowadzał na spacery.Wniosek końcowy: jeśli myślisz, że go lubisz to zapewne jeszcze z nim nie rozmawiałeś.
fak de system, dwa zdjęcia
madsen i peszek
odgrzewany kotlet, yup
┬──┬ ノ( ゜-゜ノ)


[Jej, Maria Peszek! <3 Dzień dobry :)]
OdpowiedzUsuń[Fajna karta, szkoda tylko, że indywidualny porzuciłaś bez słowa po tym, jak kazałaś mi go zacząć :(((. Nie lubię takiego olewania :(.]
OdpowiedzUsuń[Jej, dużo tej głowy. :) Mecz jest świetnym pomysłem :3 Więc wątek z chęcią. Kto zaczyna? (błaaagam, ja nie umiem...)
OdpowiedzUsuńMaria Peszek jest świetna, genialna i wgl jeeeeej *__________*]
Przez ten cały reżim nawet quidditch się zmienił. Jakiś czas temu grało się po to, bo to najlepszy sport świata, owszem, czasem przywaliło się komuś z premedytacją, ale takie sytuacje były rzadkością. Teraz mecze odbywały się na zasadzie rzeźni i dążenia do zwycięstwa, przegrana drużyna była publicznie ośmieszana przez Carrowów przed całą szkołą, a kapitanowie traktowani jakimiś zaklęciami, niekoniecznie wybaczalnymi. Można by się zastanawiać, dlaczego reszta nauczycieli nic nie robiła — cóż, raz McGonagall zwróciła uwagę, lecz Alecto tylko się roześmiała szyderczo i kazała jej się zamknąć albo jej pomoże.
OdpowiedzUsuńBrenda nie zamierzała dać się poniżyć. Teoretycznie miała jakąś świadomość, że rodzeństwo śmierciożerców nie będzie się bardzo znęcało nad Ślizgonami ze względu na to, że połowa rodziców wychowanków tego domu była w szeregach Voldemorta, jednakże przegrana i tak nie wchodziła w grę. Z tego powodu ostatnie gramy taryfy ulgowej, jakie miała w zapasie na znajomych z innych drużyn, kompletnie zniknęły i Allister zamieniła się w Terminatora na miotle.
Nawet Higgins nie mógł liczyć na litość, choć Brendzia bardzo, baardzo lubiła jego towarzystwo. Zresztą, ten ćwok i tak prawdopodobnie nie znał tego słowa, więc nie zauważyłby różnicy nawet gdyby mu powiedziała "Joł, ziomuś, bujam się w tobie i dlatego wychodzisz żywy z meczy". Nie oznacza to jednak, że nie czuła przerażenia, gdy podczas jednego meczu tłuczek, wycelowany w szukającego Krukonów, z jakiegoś nieznanego jej powodu trafił prosto w potylicę Daniela. Cud, że go nie zabił...
Idąc jak na pogrzeb, po meczu przebrała się szybko i pognała do Skrzydła Szpitalnego. Nie miała pewności, czy dobrze będzie się do wszystkiego przyznać, bo co jeśli Higgins przestanie ją lubić? Albo jej odda? Wprawdzie nie był damskim bokserem i się kumplowali, ale kto wie!
Po krótkiej dyskusji z pielęgniarką, udało jej się wyżebrać pół godziny widzenia. Na galaretowatych nogach podeszła do łóżka Daniela, starając się nie myśleć o tym, jak kretyńsko wygląda z obandażowanym czołem. Usiadła na krześle, starając nie wyglądać jak "HEJ TO JA CIĘ ZNOKAUTOWAŁAM!".
— I jak się czujesz? Nieźle cię poturbowało — burknęła.
[:<]
Ona nie miała komu się zwierzyć, ale to akurat żaden problem. Chociaż John w jej mniemaniu był najsłodszym stworzeniem pod słońcem, za żadne skarby nie powiedziałaby mu nic, co publika wyśmiewałaby potem latami. Lubiła traktować go jak małego braciszka, któremu robiła GODZINĘ TORTUR albo nabijała się z jego swetrów w renifery, bo były strasznie wsiurskie (tak naprawdę marzyła o nich nocami i dniami).
OdpowiedzUsuńPrawie spadła z krzesła gdy on uznał, że to drugi pałkarz Ślizgonów jest winny. Nie mogła uwierzyć we własne szczęście, ale skoro już nie było zagrożenia krwawym mordem ze strony Higginsa, znacznie się rozluźniła i nie siedziała jak na szpilkach. Zaczęła też obmyślać plan, jak to zrobić, aby jej kolega z drużyny — śmiesznie to brzmiało w obliczu jej zamiarów — jej nie wydał. Jedynym wyjściem było jak najszybsze sprowokowanie Daniela do szybkiej zemsty.
— Nie dziwię się, jak wychodziłam chwalił się każdemu, że ci przywalił — wypaliła, nawet nie uciekając wzrokiem. — Mówił, że jesteś ciotą i zgrywasz maczomena, aby nikt ci nie wpierdolił na korytarzu.
Zamilkła, przypatrując się jego twarzy i doszukując pierwszych objawów zwyczajowego spinania dupy. To był dobry początek, takie pojechanie po jego męskiej dumie, ale potrzebowała czegoś, co go ostatecznie wyprowadzi z równowagi.
Ech, dlaczego się tak nad nim pastwiła, takim biedny, z głupim opatrunkiem, przez który wyglądał jak kompletny przychlast... Myślała gorączkowo, przeszukując wszystkie wspomnienia z ich rozmów, aby wyłapać coś szczególnego. Kurdebele, tak niby go wielbiła, a nie miała pojęcia o podstawowych rzeczach!
Wtem...!
— No i... Tylko nie krzycz, dobrze? — Zrobiła minę kogoś kto wie, ze będzie ofiarą pierwszej fali agresjii. — Nazwał Cyryla głupim sierściuchem, tak samo "niedorobionym jak ten Higgins" — powiedziała na jednym wydechu, robiąc w powietrzu cudzysłów palcami.
Wlepiła wzrok w jego twarz, włączając instynkt na maksa, aby uciec przed wybuchem. Nawet minimalnie odsunęła krzesło od stolika, bowiem stało na nim mnóstwo rzeczy, którymi mógłby ją walnąć w szale — butelka z eliksirem, blaszane pudełko z bandażami, lampa...
Stylówka pierwsza klasa, Brenda naprawdę nie wiedziała, co się Higginsowi nie podobało w tych mugolskich wdziankach Johna. Oczywiście, nie licząc tego, że paradowanie w nich w zasięgu wzroku Voldemorta nie należało do najmądrzejszych... Dan mu po prostu ZAZDROŚCIŁ takiej czapki. Dżonowi w sensie, Czarny Pan raczej czapek nie nosił.
OdpowiedzUsuńMocno się przestraszyła, gdy rzucił lekarstwem o ścianę, a gdy wstał, to już w ogóle dostała zawału. Zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze zrobiła, denerwując go teraz. Może powinna zaczekać, aż nieco mu się polepszy, chociaż do zdjęcia opatrunku z głowy? Jeszcze się chłopię przewróci na schodach czy coś i w ogóle pozabija...
— Daniel! — krzyknęła piskliwie, starając się ignorować jego piżamę. Niedźwiadki, serio? Dobrze, że przynajmniej mogła mieć pewne przypuszczenia, że sam jej nie wybierał, niemniej bardzo ładnie mu było w misiach. Wyglądał tak seksi jak Gossex w edytorialach dla Zary.
— Czyś ty do reszty zgłupiał, nie możesz teraz mu wlać! — burknęła, kiedy go wreszcie dogoniła. Nie było to trudne, przecież nie biegł, a dodatkowym spowalniaczem był jego stan. Chyba. Tłuczek i minus tysiąc do szybkości! — Wracaj tam albo...
Ha ha ha, Brendziu, naprawdę będziesz próbowała grozić Higginsowi? Przecież w tym momencie on myślał tylko i wyłącznie o ZEMŚCIE, nie o swoim zdrowiu; o HONORZE, nie o tym, jak debilnie będzie wyglądał idąc w tym outficie przez korytarz. Nie ma tu więc mowy o żadnym "albo", musiałabyś mu przyłożyć.
Znowu.
— Albo przypadkiem mi się wymsknie, że to ty wydziergałeś ulubiony szalik Johna — wysyczała, uśmiechając się zjadliwie. Co z tego, że szalik ten wyglądał jakby Higgins trzymał druty nogami, ważne, że to straszna siara. Johnny pasował do takich robótek, ale MegaBuc 3000?
Jednorożce wcale nie były wsiurskie, w każdym razie nie bardziej niż robienie na drutach. Chyba każda dziewczyna — zwykle takie marzenia kończyły się gdzieś w trzeciej klasie... — śniła o cudownym rumaku ze lśniącą grzywą i jeszcze fajniejszym rogiem! U Brendy to pragnienie polepszyło się po lekcji ONMSu w piątej klasie, kiedy Grubbly-Plank przyprowadziła kilka malutkich jednorożców. Allister o mało co nie porzygała się z nadmiaru słodyczy, ale dzielnie udawała, że to tylko jakieś tam konie i wcale nie ma ochoty adoptować jednego z nich.
OdpowiedzUsuńGdy wrócił na łóżko, ona też usiadła znów na tamtym twardym krześle. Wolałaby usadzić się gdzieś przy Danielu, na materacu, ale to wyglądałoby dziwnie, jakby siedziała przy umierającym ukochanym. W sumie przypominał kogoś, kto musi jeszcze tylko spisa testament i spokojnie kopnie w kalendarz, ale zachowała swoje uwagi dla siebie. I tak pewnie przepisałby jej w spadku co najwyżej szalik, bo Cyryla prędzej zabierze ze sobą do grobu.
Jego słowa sprawiły, że chciała się rozpłakać nad swoją beznadziejnością, nielojalnością i ogólnie byciem SO BAD. On tak jej ufał, w tej kwestii przynajmniej, i wierzył, że mała Brendzia nie byłaby zdolna walnąć akurat jego. Cóż, w innym wypadku pewnie nie, ale quidditch, szczególnie teraz, to nie ta sama para kaloszy, co chociażby przyłożenie mu w gniewie.
— Spoko, ziomuś, ja nigdy bym przecież czegoś takiego nie zrobiła! He he. — Zaśmiała się nerwowo, próbując nie mówić nic więcej, bo jakkolwiek takie małe kłamstewko nie było problemem, tak brnięcie w to dalej już tak. Nie umiała panować nad takimi rzeczami. — Naprawdę byś mnie zabił? — dodała, zaciskając usta do środka i wykręcając sobie palce. Ojej. Śmierć z higginsowych rąk byłaby chyba najgorsza, bo wiedziała, do czego jest zdolny. Aż dziw, że nie był jednym ze śmierciożerców, pewnie stałby się pupilkiem Voldemorta ze względu na wyjątkową kreatywność. Ba, rywalizowałby z Waldenem Macnairem o miano Największego Psychola.
Brendzia, niestety, nie miała okazji na własne oczy zobaczyć, jak Daniel bezpodstawnie miażdży drugiemu pałkarzowi Slytherinu nos. Sama sobie była winna, dostała u McGonagall szlaban za przypadkową niepełną transmutację ręki Lavender Brown. Gdyby nie to, że ta głupia dziewczyna rozdmuchała sprawę do poziomu zamienienia jej w karalucha — którego Allister z przyjemnością by zdeptała, miała dosyć jej szlochania za Weasleyem — zapewne obyłoby się bez kary, ale no co no. W ten oto sposób spędziła cztery godziny na przepisywaniu kartotek, co i tak nie było złe, bo ona pisać całkiem lubiła, a zawsze lepsze to niż trenowanie Avady na pierwszakach z Huffepuffu...
OdpowiedzUsuńPo powrocie do pokoju wspólnego zastała kolegę po fachu, rozłożonego jak w agonii na kanapie, a wokół niego prawie wszystkie siódmoklasistki i kilku kumpli, którzy chcieli się trochę ogrzać w blasku rannego bohatera. Allister podeszła bliżej, przepchnęła się przez tłum koleżanek i uklękła przy głowie "tego drugiego".
— Co on ci zrobił? — spytała, czując się jak największa zołza na świecie. Naprawdę, nie była może jakoś specjalnie wyrozumiała i troskliwa, jednakże widok kogoś, kto bez powodu został doprowadzony do takiego stanu (niemniej był chyba zadowolony, że pół domu skacze wokół niego).
No i jej opowiedział. Jak sobie spokojnie szedł, jak nagle Higgins wyskoczył i go zaatakował, że on nie miał nawet siły na obronę, a przecież, oczyfko, zna karate stopień milion i ma pięć czarnych pasów, lecz pięść Krukona okazała się szybsza. Z pięć razy zadał sobie pytanie "ZA CO?!", nawet na głos zastanawiał się, czy może przypadkiem nie dotknął Cyryla albo nie spojrzał krzywo na Daniela, albo nie szturchnął młodego Higginsa, ale nie. Wyjątkowo ten chłopak nie miał okazji, aby podpaść swojemu oprawcy, nawet na boisku.
— Tak nawet myślałem, że może on jest zły za ten mecz, ale przecież to ty go znokautowałaś i on sobie doskonale zdaje z tego sprawę — dodał na koniec, wcześniej prosząc kogoś o poprawienie mu poduszki, bo przecież umierający jest.
— Chyba ta. Potrzebujesz czegoś? Mam trochę czekoladowych żab czy co — burknęła, a poczucie winy dosłownie wylewało się jej przez uszy.
— Nie, dzięki. Humor poprawia mi myśl, że Carrow go złapał, hehe. — Zarechotał, przez co Brenda nagle przestała czuć wyrzuty sumienia i miała ochotę poprawić mu ten nos, ale tylko kiwnęła głową i sobie poszła.
Borze, pacnęła się w czoło. Przez jedno kłamstwo, głupi strach o to, że Higgins ją zabije, jej kolega z drużyny leżał jak jakaś sierota, a jej najlepszy — jeszcze — kumpel pewnie dostał jakimś urokiem. Musiała wymyśleć nowy plan, aby się z tego wyplątać.
Nie przeszła pięciu metrów, jak nagle spod ziemi wyrósł Daniel, wkuropatwiony tak, jak nigdy jeszcze nie widziała.
— Sły-słyszałam, że Carrow cię z-złapał — wyjąkała, dziękując Merlinowi za to, że lochy są ciemne i nie widać tego, jak twarz dosłownie jej płonie. Z przerażenia.
Dobrze, że nie powiedział na głos złotej myśli o krwawiącym tłuczku (?), bo już w ogóle by się tam popłakała i zaczęła tarzać w histerii. Takie to było piękne, godne dziary na łydce. Ale poważnie, nie chciała, żeby przestał jej ufać. Przecież każdemu czasem zdarza się walnąć kogoś tłuczkiem w łeb, zwalić na kogoś innego, doprowadzić do mordobicia kolegi z drużyny i do Cruciatusów na najlepszym przyjacielu, a na koniec nadal pobocznie myśleć o tym, jak odsunąć podejrzenia od siebie, chociaż i tak wszystko było jasne!
OdpowiedzUsuńPrawda?
Mówienie do niej po nazwisku było gorsze niż gdyby użył wobec niej swojego szerokiego zasobu obelg. No, może nie chciałaby usłyszeć tych najgorszych, niemniej parę na pewno jej się należało. Wszystko, byle nie Allister.
O taak, wyglądał badassowo. Jak taki szeryf, którego boją się najgorsze oprychy, albo policjant z Miami goniący przywódcę mafii narkotykowej na motorze. W sensie, że gonił ma motorze, a nie że ta mafia... Ugh.
— Wcale się nie nabijałam — powiedziała, o dziwo spokojnie, bez płaczu czającego się po kątach. A miała ochotę ryczeć, przepraszać go, płaszczyć się przed nim, ale niestety, tatuś zawsze powtarzał, że po ziemi tarzać się może tylko wtedy, jak będą zakopywać jej trumnę. Serio. Takie domowe przedszkole miała.
— Wiedziałam, że się wnerwisz i nie chciałam ci mówić! A później ty uznałeś, że to on cię znokautował i samo ze mnie wyszło, że to prawda! Nie sądziłam tylko, że przez to wylądujesz u Carrowa... — Milczała dłuższą chwilę, kiedy to kontemplowała kroplę krwi Daniela, która spadła na jej but. O fujka. Gdyby nie była taka zdołowana, toby kazała mu to umyć, a tak to tylko gapiła się jak czarna w tym świetle kropka wsiąka w zamsz i powoli się powiększa.
— A ty jesteś skończonym kretynem, skoro sądzisz, że zrobiłam to z premedytacją! To wasz szukający miał dostać, nie ty, Higgins! — Teraz to prawie wrzeszczała, chociaż w sumie to było coś pomiędzy krzykiem, płaczem i warczeniem, więc brzmiała jak jakiś niestabilny emocjonalnie wilkołak.
I ona w tej chwili marzyła, by ostatnie kilka dni zniknęło, nawet żeby mecz się nie odbył. Nie znosiła kłócić się z Higginsem, nie tylko dlatego, że się w nim bujała, po prostu tylko on ją lubił tak naprawdę. Smudno i Coelho w tle, ale to prawda, innych mejtów nie miała.
[Zmienione. Pamiętam, że na express-hogwart coś mi się czepiałaś jakiegoś wyrazu z karty, a tego podchodzi nie zauważyłaś. ;> Dzięki.]
OdpowiedzUsuńBrenda za cud uważała to, że po akcji z tłuczkiem ich przyjaźń nie zakończyła się na dobre. Lepiej!, że wtedy Dan raz na zawsze jej nie skreślił, chociaż teoretycznie ona nawet nie wiedziała, czy on ją lubi. Był wobec niej tylko nieco mniej ćwokowaty, czy powinna sobie do tego dopisywać jakieś scenariusze?
OdpowiedzUsuńDżizas, nie.
Mimo wszystko było trochę dziwnie, bo Allister czuła, że Higgins jakby wziął ją na dystans. Na pierwszy rzut oka zachowywali jak dawniej, ale milczenie nagle zaczęło być krępujące, a reakcje na niektóre żarty wymuszone.. Nie chciała, żeby to tak wyglądało, bo czuła się nieswojo, jakby zaczęli randkować i nie mogli znaleźć wspólnego tematu. No kurna. Nawet gadanie o biciu mordy nie było tak przyjemne jak dawniej, bo zaraz schodzili na temat quidditcha, później tłuczków no i... No.
Minęły dwa tygodnie takiego CZEGOŚ. Zaczęło ją to szczerze irytować, nawet siedzenie obok siebie na lekcjach nie było już takie fajne, bo zamiast rechotać jak debile i grać w wisielca, ich krzesła zdawały się być odsunięte kilometr od siebie, choć oboje czasem stykali się łokciami.
Tak czy siak, przez ten czas zauważyła coś dziwnego. No, może nie od razu, przecież wypadki chodzą po ludziach i w ogóle, ale kiedy te kilkanaście dni minęło, sprawa nadal się nie wyjaśniła, a Higgins wyzywał ludzi od ćwoków częściej niż zwykle, dziewczyna powoli zaczynała się domyślać, że coś jest na rzeczy. Nie miała tylko pojęcia, co.
— Daniel... — zaczęła, nie będąc do końca pewną, czy dobrze robi. Była sobota rano, tuż po śniadaniu, więc teoretycznie nie mieli nic do roboty, ale odnosiła wrażenie, że Krukon wcale nie chce z nią rozmawiać. — Gdzie jest John?
Starała się brzmieć tak naturalnie, jak tylko mogła, ale wypowiedzenie tego pytania na głos przyprawiło ją o ciarki. Jakby los tego chłopaka był już przesądzony...
[Nie chcę Twojego kartoflanego orderu. Chcę wątek. :D]
OdpowiedzUsuńTillson